:: News
:: Historia
:: Biografie
:: Dyskografia
:: Recenzje Płyt
:: Teksty
:: Wywiady


:: MP3
:: Galeria
:: Tapety


:: Forum
:: Księga Gości
:: Linki
:: O Stronie


 







Muzyka i Instrumenty, Płyty kompaktowe, Rock, Zagraniczny




 


1. Marzec 2002, "Machina", Rozmowa z Nickiem Valensi
2. Listopad 2005, "Teraz Rock", Rozmowa z Nikolai Fraiture

"MACHINA": Wasza muzyka jest przesiąknięta nowojorskim klimatem - nie tylko dekadencją, szaleństwem, ale i swoistą melancholią, splinem tego miasta. Na czym, waszym zdaniem, polega fenomen Nowego Jorku?
NICK VALENSI: Żyjemy Nowym Jorkiem na co dzień, oddychamy tym miastem, wibrujemy razem z nim. Jeśli mieszkasz w Nowym Jorku, to nie odczuwasz potrzeby, żeby się stamtąd gdziekolwiek ruszać. Ponieważ wszystko, co możesz znaleźć poza Nowym Jorkiem, już się w tym mieście znajduje. Dzięki temu codziennie możesz odkrywać je na nowo, buszować po nieznanych knajpach, sklepach i ulicach. To fascynujące, że wciąż trafiam tu do miejsc, których nigdy wcześniej nie znałem. Jeden z fenomenów Nowego Jorku polega na tym, że gdziekolwiek zawędrujesz, czujesz się jak u siebie w domu.

W tak olbrzymim, wielokulturowym tyglu tzw. samotność w tłumie musi być szczególnie dotkliwa...
- Tylko wtedy, gdy sam się tego domagasz. Jeśli pragniesz odizolować się mentalnie od społeczeństwa, w Nowym Jorku możesz to zrobić bardzo szybko - po prostu przestajesz dostrzegać indywidualne osoby w tłumie na ulicy. Widzisz las, ale nie dostrzegasz pojedynczych drzew. Wtedy ta cała ludzka masa przestaje cię interesować, bo staje się tłem.

Czy istnieje obecnie w Nowym Jorku jakaś młoda rockowa scena?
- Trudno dziś mówić o nowojorskiej scenie w znaczeniu, jakie kiedyś przypisywano klubowi "CBGB's" i artystom, którzy w nim występowali. To był zupełnie inny klimat. Teraz wśród młodych formacji nie ma już tamtego luzu, przyjaźni i poczucia wspólnoty. Panuje bardzo ostra konkurencja. Rok temu startowaliśmy z pozycji jednej z wielu młodych nowojorskich kapel i mieliśmy naprawdę dużo szczęścia, że nam się udało. Jesteśmy z tego powodu podwójnie szczęśliwi, bo sukces w Nowym Jorku oznacza, że poradzisz sobie wszędzie. Inni wciąż czekają na swoją wielką szansę, a są wśród nich naprawdę dobre zespoły, jak chociażby The Moldy Peaches.

Dlaczego z amerykańskiego wydania waszej debiutanckiej płyty zniknęła kompozycja "New York City Cops"? Czyżby ktoś obraził się po usłyszeniu słów: "Nowojorscy gliniarze nie są zbyt bystrzy"?
- Sami podjęliśmy decyzję o usunięciu tego "kawałka" po tym, co stało się 11 września. Nie chcieliśmy wzbudzać niepotrzebnych kontrowersji, mimo że tekst piosenki mówi o czymś zupełnie innym. Wiedzieliśmy jednak, że po tej tragedii, kiedy to policjanci i strażacy urośli do rangi symboli bohaterów narodowych, nikt nie będzie słuchał naszych wyjaśnień. Nikt by nam nie uwierzył, że "New York City Cops" to... "kawałek" o miłości, a nie atak na policję.

Dlaczego młode rockowe grupy ogarnia tak silna tęsknota za latami 60.?
- Nie pytaj mnie o to. Nie czujemy się przypisani do żadnej konkretnej estetyki. Na pewno lata 60. i 70. są dla nas inspiracją, ale poza starym rock'n'rollem słuchamy też dużo innej muzyki. To, co robimy, nie jest hołdem składanym żadnemu pieprzonemu The Velvet Underground, jak sugeruje wielu dziennikarzy. Jeśli już miałbym wskazać jakichś swoich idoli z przeszłości, to wybrałbym spośród nich Boba Marleya.

Dlaczego akurat jego?
- Zarówno w naszym, jak i w jego przypadku dźwięki płyną prosto z serca - to jest granie emocjonalne, a nie intelektualne. Tam, gdzie jest za dużo kombinowania, nie ma miejsca na emocje.

 

The Strokes przed wydaniem First Impressions On Earth i The Strokes dwa lata temu to inny zespół?
Porównując nas dziś i nas przed wydaniem Room On Fire (poprzedniej płyty The Strokes - przyp. ag) mogę powiedzieć, że mam nadzieję, iż poszliśmy do przodu. I jako muzycy, i jako ludzie. Zależało nam na tym, by się zmienić na lepsze, pracować nad sobą tak, by dalsza współpraca była możliwa i nie stanowiła problemu. Czyli pracowaliśmy nad najprostszymi rzeczami, nad tym, by po prostu się udoskonalić. A mieliśmy nad czym się zastanawiać. Trasa promująca Room On Fire była naprawdę wyczerpująca. Trzeba było nauczyć się być znowu przyjaciółmi. A po powrocie do Nowego Jorku trzeba było zacząć myśleć o nowej płycie, zmobilizować się, zebrać, nauczyć się dystansu do nowej okoliczności - pracy nad trzecią płytą.

Tym razem, nauczeni dotychczasowymi doświadczeniami, postanowiliście się nie spieszyć.
To nie do końca tak, że „postanowiliśmy”. Rzeczywiście, poprzednie dwie płyty powstawały bardzo szybko, za szybko. Ale nie jest tak, że wyciągnęliśmy wnioski i zrozumieliśmy, że do nagrania płyty potrzeba czasu. Wymusiły to na nas okoliczności. Prace nad nową płytą zaczęliśmy z naszym producentem, Gordonem Raphaelem. Chwilę to trwało, nim zorientowaliśmy się, że wszystko zmierza w niewłaściwym kierunku. Znalezienie nowego producenta, Davida Kahne’a, oswojenie się z nim... To wszystko zabrało trochę czasu. Najbardziej angażującym, pracochłonnym zajęciem związanym z nagrywaniem nowej płyty było właśnie to dostosowywanie się do nowych warunków.

Czy w tym chaosie producenckim wy byliście oazą spokoju z - na przykład - jasną koncepcją, jaki ma to być album?
Nie, nic a nic. Jedyne co wiedzieliśmy na pewno, to to, że już nie chcemy robić w kółko tego samego, że potrzebujemy jakiejś nowej jakości. Chcieliśmy zrobić coś innego. Ale... Ale tak naprawdę nie wiedzieliśmy, co to ma być. Uznaliśmy, że jedynym sposobem, by się dowiedzieć, będzie naprawdę ciężka praca w studiu, praca, której ma przyświecać jedna idea - zrobić coś naprawdę dobrego. Coś innego.

No to w sumie mieliście na początku przerąbane. Kłócący się producenci, wy bez jasnych pomysłów...
Było ciężko. Było strasznie. To najtrudniejszy do nagrania album z całej trójki. Zmiana producentów, zmiana myślenia muzycznego... Pomyśl sobie, nasza piątka plus producent, wszyscy w jednym pomieszczeniu... To nie może być proste. Powiem więcej, były momenty że było naprawdę ciężko. Najważniejsze, to koniec końców przyznać, że było warto.

Jak z tego wyszliście?
Powoli. Ogarniając sytuację, w jakiej się znaleźliśmy. Działo się źle. Nie wiedzieliśmy, co chcemy robić, bo nie mieliśmy pomysłu, co chcemy osiągnąć. Dołowało nas, że dłużą się najprostsze rzeczy, że z niczym nie możemy sobie poradzić. Początki były tragiczne.

Wyskoczę ci ze złotą myślą - rozwiązać problem to uświadomić sobie jego istotę. Co tak naprawdę było przyczyną tych kłopotów? Przecież nie producenci?
Nie, nie producenci. Ale ich sposób współpracy już tak. Wybijało nas to z wszelkiego rytmu, nie pozwalało na niczym się skupić. Inaczej myślą o muzyce, inaczej nad nią pracują - obserwowanie ich próbujących współpracować było koszmarem. Próbowaliśmy ich pogodzić, naprawdę próbowaliśmy, ale to dwie skrajnie różne mentalności. Nie wyszło. Chcę tu zaznaczyć, że cały konflikt miał podłoże artystyczne, nie ludzkie. Oni po prostu inaczej czują muzykę. Ale są wspaniałymi ludźmi.

Ci, którzy słyszeli cały nowy album, zachwycają się zmianami. Ja usłyszałam osiem piosenek i najbardziej uderzyło mnie, jak ostro i mocno dziś gracie...
To zasługa Davida, nowych metod pracy. Dotąd, z Gordonem, przychodziliśmy, on ustawiał mikrofony, nagrywaliśmy i już. David więcej nad nami pracował, starał się z nas wydobyć takie brzmienie, jakie osiągamy grając na żywo, na koncertach. Pokazać tę - bardziej prawdziwą - naturę grupy. Jesteśmy szczęśliwi, że wreszcie się to komuś udało. Jeśli zaś chodzi o potężne brzmienie, o którym wspomniałaś... Słuchaliśmy takich płyt jak Nevermind, wspominaliśmy czasy młodości, popularności brzmień „prosto w twarz” i zdaje się, że chcieliśmy osiągnąć podobny efekt.

Juicebox. Tą piosenką chcieliście wrócić?
David, który świetnie zna radiowe gusta, uznał, że będzie najlepsza jako pierwszy singel i to on wytypował Juicebox jako propozycję dla naszej wytwórni. I dla mnie jest to rzeczywiście najlepszy wybór.

Nawet nie pytam was o nerwy. Wy naprawdę musicie coś udowodnić.
Myślę, że już po nerwach. To, co się działo podczas nagrywania - to były nerwy! Bo to w studiu działy się najważniejsze rzeczy. Ten moment, kiedy zaczyna się nagrywanie, dosłownie, to wciśnięcie guzika, kosztuje mnóstwo nerwów. To taki moment prawdy. Podsumowanie - co już zrobiliśmy jako zespół i wskazanie, co dalej mamy zamiar robić. Więc jeśli pytasz o prawdziwe ciśnienie, to ono jest podczas przygotowywania albumu, a nie kiedy już jest gotowy. Wtedy to jest wielka, wielka ulga, że już po.

Jak czujecie się dziś, w nowych muzycznych warunkach? W 2001 roku debiutowaliście na zupełnym artystycznym pustkowiu. Dziś mamy zatrzęsienie świetnych młodych grup. Które zgodnie podkreślają, że wszystko zaczęło się od The Strokes.
To bardzo miłe, że tak mówią. Ale ja nie byłbym taki szybki z wyrokowaniem, co stało się w 2001 roku. Potrzeba czasu i dystansu. Może za dwadzieścia lat okaże się, że to wcale nie my? A wtedy... Wtedy wszystko zgrało się idealnie. Zadebiutowaliśmy w doskonałym miejscu, w doskonałym czasie.

No właśnie. Dlaczego to byliście wy, dlaczego tamten rok, dlaczego Nowy Jork? Ta rewolucja wisiała w powietrzu?
Tak, podoba mi się to. Coś było w powietrzu. Ale, wbrew temu co wtedy pisano, nie było czegoś takiego jak nowojorska scena. Tu naprawdę nic się nie działo! My wyidealizowaliśmy sprawę, chcieliśmy, by była tu naprawdę fajna, naprawdę mocna scena lokalna, jak w latach siedemdziesiątych... Pamiętam, z jakim rozczarowaniem graliśmy w legendarnym CBGB’s... To zupełnie nie było tak, jak sobie wyobrażaliśmy... Wiele rzeczy nas wtedy rozczarowało, wiele ideałów upadło... Pomyśleliśmy wtedy - skoro to tak ma być, zróbmy to po swojemu. Z tego postanowienia zaczęły się pierwsze sesje nagraniowe Is This It...

Czy jakikolwiek młody zespół zwrócił uwagę was, ojców rewolucji?
Bardzo podobają nam się Kings Of Leon. Świetne brzmienie, świetni ludzie. Przypominają nam nas, takich, jakimi byliśmy, gdy zaczynaliśmy. Zdeterminowani, by dobrze się bawić i grać dobrą muzykę, by dawać świetne koncerty i doceniać występy innych. Ze wszystkich młodych zespołów najczęściej i najchętniej słucham właśnie Kings Of Leon.

 

Copyright ©2005 by kacper1916